Placebo

01.04.2003

rozmowa ze Stevenem Hewittem

 

Seks, show business, duchy, no i oczywiście muzyka z nowej płyty Placebo - między innymi o tym rozmawiałem ze Stevenem Hewittem. To on siedzi i bębni za plecami Briana Molko i Stefana Olsdala. Postać może najmniej wyeksponowana, ale jak się okazuje, w trio nie ma miejsca dla przypadkowych ludzi.

 

Powiedziałeś kiedyś, że pierwszy album jest jak impreza, a drugi jak kac. Co powiesz o waszej nowej, czwartej płycie? Kolejny kac?

Nie, jesteśmy w nowym barze. Właśnie weszliśmy i zamawiamy pierwsze kolejki. Zabawa się rozkręca, jest wesoło i sympatycznie. Choć może nie sugeruje tego tytuł: Sleeping With Ghosts.

Kilka utworów z nowej płyty ma klimat nie z tego świata. Co zainspirowało was do udania się w takim tajemniczym, niebezpiecznym kierunku?

Chyba przemyślenia, które nachodzą człowieka z biegiem czasu. Dojrzewamy nie tylko jako zespół, ale także jako ludzie. Coraz trudniej jest nam poruszać tematy, które zajmują ludzi w wieku dwudziestu, dwudziestu pięciu lat. Te problemy właściwie nie powinny cię już obchodzić, gdy masz trzydziestkę na karku. Miałeś czas, żeby sobie z nimi poradzić, powinieneś już znać siebie. To oczywiście nie jest prosta sprawa, bo zwykle, gdy udaje ci się rozwiązać jeden problem, zaraz pojawia się drugi. Przesłaniem Sleeping With Ghosts jest to, byś zastanowił się, jak idziesz przez życie. Czy wokół ciebie są ludzie, których kochasz, czy są bliskie ci osoby? Nawet gdy tracisz z nimi kontakt z różnych powodów, nawet gdy idziesz do przodu, gdzieś dalej, to - mówiąc w przenośni - zabierasz ze sobą ludzi, miejsca, które są dla ciebie ważne.

Z perspektywy czasu widać, że numery takie jak Taste In Men były swego rodzaju zapowiedzą tego, co dzieje się na Sleeping With Ghosts. Jak byś opisał różnice w brzmieniu i stylu waszego grania porównując nową płytę z Black Market Music?

Produkcją Black Market zajmowaliśmy się sami - zdecydowaliśmy się na to po nie najlepszych doświadczeniach z producentem naszej drugiej płyty. Chcieliśmy mieć pełną swobodę, cała zabawa zajęła nam bardzo wiele czasu, bo dziewięć miesięcy, ale to było wyzwanie, któremu chcieliśmy sprostać. Sporo się namęczyliśmy i sporo się nauczyliśmy. Na pewno było warto, ale tym razem pomyśleliśmy, że trzeba jednak znów spróbować współpracy z producentem, z kimś z zewnątrz. Po to, by swobodniej eksperymentować z klimatami, których jeszcze nie zdążyliśmy oswoić. Szukaliśmy człowieka, który zabierze nas w nowe miejsca, i pozwoli spojrzeć na różne sprawy pod nowym kątem. I znaleźliśmy. Dlatego uważam, że współpraca z Jimim Abbissem jest tym, co przede wszystkim odróżnia Sleeping With Ghosts od Black Market - przynajmniej pod względem brzmieniowym. Wniósł kilka świetnych pomysłów, dobrze nami pokierował.

Dodaliście do waszej muzyki brzmienia elektroniczne, technoidalne - w ten sposób udało wam się osiągnąć nowy wymiar bez radykalnej zmiany stylu. Taki był plan i cel?

Dokładnie. Zaczęliśmy realizować go już na Black Market Music, ale dopiero na tej płycie słychać to tak wyraźnie. Lubimy pop, lubimy dance, ale przede wszystkim jesteśmy kapelą rockową, jesteśmy Placebo. Ludzie oczekują od ciebie, żebyś się ciągle zmieniał, krytykują cię, jeżeli twoja nowa płyta jest podobna do poprzedniej. Ale nie można się zbyt mocno przejmować taką krytyką. Trzeba przyjąć do wiadomości, że jesteś, jaki jesteś, i grasz w takim, a nie innym zespole. Musisz się zaakceptować. Dobra - rozwijamy się i zmieniamy, ale w swoim kierunku.

Grałeś w wielu kapelach, ich składy różniły się liczebnością. Dlaczego wielu muzyków podkreśla, że trio to coś wyjątkowego?

Po pierwsze to najprostszy, najbardziej pierwotny skład. Taka baza: gitara, bas, bębny. Uważam, że to najbardziej sprawny i wydajny wehikuł do grania rocka. Poza tym trio jest dobre także od strony stosunków międzyludzkich. Musi być demokracja, nie ma miejsca na tworzenie się podgrup, małych towarzystw wzajemnej adoracji - w większych zespołach to się zdarza bardzo często. Nagle się okazuje, że wokalista i gitarzysta kłócą się z basistą i perkusistą. My nie mamy takich problemów. Łatwiej było nam nawiązać i utrzymać przyjaźń.

Czy klimat, który panuje w Placebo różni się od klimatu w innych zespołach, w których grałeś, nie tylko ze względu na liczebność składu?

Wiesz, 50 % Placebo to geje, a jest nas tylko trójka - postaraj się rozwiązać tę zagadkę.

Postarałem się. Wyszło mi, że albo w twoim zespole gra jeden gej, jeden biseksualista i jeden hetero, albo trzech biseksualistów. No to jak jest?

Powiem ci tylko, że ja jestem macho. Więc tak - klimat w Placebo na pewno jest wyjątkowy, gdy spojrzeć na sprawę od strony seksualnej. Poza tym każdy z nas pochodzi z innego kraju - nie kisiliśmy się w jednym środowisku, nie chodziliśmy do tej samej szkoły, nie słuchaliśmy tej samej muzyki. A przecież wiele jest zespołów złożonych z kumpli z podwórka. Wydaje mi się, że mamy nad nimi przewagę, bo każdy z nas wnosi do kapeli inne doświadczenia, inne korzenie kulturowe - to ma na pewno dobry wpływ na naszą muzykę. W dodatku naprawdę szczerze się przyjaźnimy i o dziwo doskonale rozumiemy. To wszystko nam daje siłę i świadomość, że jesteśmy najlepszą kapelę na tym całym pieprzonym świecie.

Czy zróżnicowane preferencje seksualne mają jakikolwiek wpływ na waszą twórczość?

Chyba nawet całkiem spory. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy temat preferencji seksualnych jest ciągle na tapecie - zmienia się podejście do tych spraw, zmienia się kultura, zakres tolerancji. Ludzka seksualność jest równie ważnym tematem co rasizm - nie powinna nim być, ale jest. Prawo do normalnego traktowania mniejszości seksualnych to ciągle problem nie rozwiązany, sprawa, o którą trzeba walczyć. I dla takich celów taki zespół jak Placebo wręcz powinien wykorzystywać swoją popularność.

Pamiętasz wasz koncert w Warszawie?

Uuuu, to była niezła jazda, totalne szaleństwo... (artysta śmieje się intensywnie - przyp. is).

Zachowałeś jakieś szczególne wspomnienia?

O tak, ale nie mogę się z tobą nimi podzielić, chyba, że już słyszałeś jakieś ploty. Ale nie, to się nie nadaje do druku. Bardzo ciekawie spędziliśmy w Polsce czas - naprawdę znakomicie pamiętam ten koncert. I nie tylko. Wrócimy do was.

Jakie są te twoje duchy, z którymi śpisz?

Myślę, że takie, jakie każdy ma. To może być dziewczyna, czy chłopak, którego kiedyś spotkałeś i od tamtego momentu pragniesz, żeby relacje między wami potoczyły się inaczej. To mogą być słowa, które nie padły we właściwym miejscu i czasie, czyny, których nie było, albo które powinny być inne. Każdy z nas to ma. Przyznaj się - ty też.

Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z marca 2003.

IGOR STEFANOWICZ